Wyprawa na Kaukaz
Spotykamy się w Warszawie na lotnisku, wcześniej miałam okazję poznać jedynie Ryśka Pawłowskiego, a podróż do Warszawy odbyłam z Zielonym (Zbyszek Letner - no bo wszystkie kubraczki ma zielone) i pomyślałam, o kurde ale ZOO, trochę jak z filmu Madagaskar.
Pakujemy sprzęt, odprawa, przelot do Moskwy, pierwsze rozmowy, próbujemy się trochę poznać, szybkie wieczorno-nocne zwiedzanie miasta i nocleg. Raniutko odlatujemy do Mineralnych Wód. Lądujemy i cios jak pięścią między oczy - na lotnisku nie ma toalet, a na zewnątrz nie ma krzaków - uff - trochę bardziej nerwowi podróż kontynuujemy autobusem. Wreszcie udaje nam się skorzystać z cienia za przydrożną budką w jakiejś osadzie - jaka ulga. Docieramy na miejsce trochę znużeni podróżą, ale szczęśliwi, szybko się kwaterujemy i już na następny dzień zaczynamy wejścia kondycyjne. Moje buty trekingowe najnormalniej się rozpadły i to już w czasie podróży, wystarczyły im przesiadki i zwiedzanie miasta. "Tak to już jest, że każdy ma jakieś słabe strony - Bożenka na przykład ma słabe podeszwy." Iwona to cudowne stworzenie pożycza mi swoje buty, takie na śnieg, przywiezione z Alaski, ale znacznie lżejsze od skorup, dziękuję Iwona. Pierwszego dnia kierujemy się do obserwatorium, w kolejnym dniu idziemy pod Czeget (Grzesiu Bielejec decyduje się na samotne i skuteczne wejście na szczyt). Żeby wyprawa nie była nudna to od pierwszego wieczora coś się dzieje. Pierwszej nocy głowę rozwala Mirek, z kolei następnego dnia pod wodospadem udaje się tego dokonać Marcinowi, spektakularny i krwawy upadek. Nasz miły Janek praktykuje zszywanie. Po drugim wypadku uprzedził wszystkich, że nici jeszcze ma, ale środki znieczulające się skończyły, wobec tego następną ofiarę poszyje na żywca - odważnych zabrakło, jednakże Janek dla podtrzymania sprawności paluszków wykonał jeszcze jedno dodatkowe szycie, tym razem buta. I tak biegamy, wchodzimy i schodzimy dla nabrania kondycji i aklimatyzacji. Wreszcie przenosimy się do beczek, atmosfera robi się coraz ciekawsza, bo z tego miejsca planujemy atak szczytowy, wcześniej jednak konieczna jest aklimatyzacja. Rysiu uświadamia nam, że Elbrus z powodu ciągłych wyziewów (to w końcu wulkan) stwarza znacznie poważniejsze trudności niż na to wygląda (a wygląda jak damski biust) i porównuje się je z wysokością 7000. Tak więc znowu wchodzimy w górę do i w dół, kolejny dzień powyżej skał Pastuchowa i znowu w dół. W czasie jednego z takich powrotów do beczek ja i Heniek tak się rozgadaliśmy, że nagle Heniu zauważył "O!!! baba wyprowadziła mnie na pole lodowe?" wyglądało ładnie, ale byliśmy świadomi, że takie pola kryją szczeliny, udało się wróciliśmy do domu ( to jest do beczek), cali i szczęśliwi, że to nie były manowce.
Noc w beczkach to kolejne przeżycie, oczywiście o spaniu nie było mowy, bo serce robi "Bum, bum, bum?" jak po zakończeniu maratonu, a ponadto na wszelki wypadek mniej więcej co 15 minut któraś z nas pytała, "śpicie?" i rozlega się NIE, Nie, Nie. Na trzeci dzień, a właściwie w nocy, bo pobudka o godzinie 3, trochę picia, liche jedzenia, bo nic nie wchodzi do żołądka, a Rysiek nas uspokoił, że bez jedzenia można wiele zdziałać, tak na wszelki wypadek tabletka "na sranie" i w drogę.
Kilka osób wyrusza wcześniej na nogach od beczek, reszta podjeżdża ratrakiem do skał Pastuchowi ( ja należę do tej mniej ambitnej grupy) i dalej już walka. Dokucza nam niewyspanie - to już trzecia noc bez snu do tego wysokość, głowa boli jak jasny gwint, a żołądek podnosi się do gardła (dobrze, że posłuchałyśmy Ryska i że jest pusty)? ale idziemy. Wchodzi się źle i niech ktoś powie, że wysokość to nic oj daje w tyłek, daje. Na trawersie powyżej przełęczy słyszę głos Lucy "Bożenka spadasz" i słyszę swoja kretyńską odpowiedź, "spokojnie mam raki" w razie zjazdu raki pomogłyby mi jedynie skuteczniej połamać lub poodrywać nogi? nic się nie stało idziemy dalej. Rysiek dochodzi do nas, wyrzuca 1,5 litrową butlę z wodą z mojego plecaka, które już nie przyda się do niczego, w tym samym czasie załamuje się pogoda. Rysiu "wrzuca" nas za skały i każe czekać, wbijamy raki i jak te porzucone psioki drzemiemy, nie ma szans, pogoda się pogarsza z każdą sekundą, do szczytu jest bardzo blisko - jest w zasięgu ręki. Rysiek każe nam wracać, zbiera wszystkich, którzy w pobliżu i zawraca wszystkich idących z dołu. Do tych, którzy poszli przodem dołącza Heniek Szczęsny i schodzi z nimi. Cześć ekipy weszła na szczyt a byli to: Zosia Kajowicz, Małgosia Łoboz, Janek Kalaciński, Grzegorz Bielejec, Mirek Baran, Marek Majkowski, Marcin Krupowicz, Jerzy Graf, Krzysztof Hejke, Heniu Szczęsny, Grześ Bielejec, oni zdążyli, a pozostali, ja wśród nich, NIE - załamka, wracamy do beczek padnięci, zniechęceni, wściekli, ale żywi. W beczkach jeszcze jedna noc, tamtejsza kucharka poczęstowała nas zupą, a tubylcy wódką, chyba miałyśmy niewyraźne buźki. Rano zbieramy niezbędny sprzęt, pozostały (raki, czekany, kurtki puchowe) deponujemy w beczkach i schodzimy w dół. Zaczyna się degrengolada, wycieczki do miasteczka, małe wyjścia w góry w sandałkach i klapkach, najpiękniejsze żółte klapki miała Iwona (mogłyby służyć za latarnie morską - taki od nich bił blask). Jedna z wycieczek wiodła do jeziorka, ale po drodze ja i Lucy rezygnujemy z jeziorka i buch w borówki - objadłyśmy z borówek całą górę i nawet przez moment nie było nam żal straconych widoków. Za to reszta ekipy z powodu widoków straciła smak tych niesamowitych owocków. W naszym (Bożeny i Lucy) przypadku jest to uzasadnione gdyż mamy lepszy zmysł smaku niż wzroku. Tak przy okazji Iwona od samego początku nas testowała dostrzegając wielkie podobieństwo między mną i Lucy.
Okazało się, ze coś w tym jest obie jesteśmy spod znaku Strzelca oraz chińskiego Tygrysa, Obie mamy grupę krwi 0 Rh+ i nasze psy mają takie same imiona "Kajtek". To musi być coś więcej niż przeznaczenie. Niestety część ekipy, nas opuszcza, impreza, później pożegnania, wyjeżdżają z łezką w oku jednakże szczęśliwi, bo zdobyli Elbrus. My zostajemy z nadzieją, choć coraz mniejszą bo pogoda gorsza i gorsza, w górach spadł śnieg warunki wyglądają na trudne (przynajmniej z dołu) ale postanowiliśmy czekać? pozostaje jeden problem kto jest Jonaszem tej wyprawy, jakoś trudno nam wyrokować. Dzień przed wejściem na szczyt Adam i Jacek decydują się na powrót do domu, trochę bez sensu, bo cóż im dają te dwa dni - tak nam się wydawało, a ja na to "zobaczycie jutro będzie słońce !!!!" Wszystkich rozbawiła ta moja prognoza pogody, bo niebo raczej zapowiada koniec świata niż słońce, ale ja pomyślałam, że to jeden z nich jest naszym przysłowiowym Jonaszem. Chłopcy wyjechali, a rano LAMPA i to jaka ! Cudownie, zbieramy się, sprawdzenie sprzętu, szybkie pakowanie i po południu ruszamy do beczek pełni nadziei, ale też zaniepokojeni tym, co też nas tam spotka w górze, a czekała na nas zima. Oczywiście babki zabrały klapki na wyjścia do kibelka, a tu śniegu po uszy Kajtka, więc klapki okazały się bezużyteczne. Trochę się obawiamy, że warunki w górze będą trudne, ale postanawiamy iść. Nie pomyliliśmy się były trudne, a chwilami bardzo, najbardziej dał nam w kość porywisty wiatr zrywający śnieg i drobiny lodu i siekący tą mieszanka po twarzy. Chwilami wydawało się, że wiatr odrywa nas od ziemi i rzuca o nią z powrotem, ale walczymy. Trzy osoby rezygnują z wejścia reszta walczy do końca. Jest trudno lecz niezmiernie pięknie, niestety wiatr staje się przyczyną braku zdjęć z podejścia, aparaty wyciągamy na przełęczy, tam wiatr cichnie a słońce świeci jaskrawo na błękitnym niebie. Jest zimno Grześ Góra odmraża ręce, boli go okropnie, do tego twarz, potem okazało się, że twarze innych też ucierpiały. Wreszcie docieramy - góra nagrodziła nas za wytrwałość jest pięknie, niebo czyste, babki mają wilgotne oczy - takie to już jesteśmy. Robimy zdjęcia i schodzimy. Tego dnia na szczyt weszli: Ryszard Pawłowski, Grzegorz Góra, Rafał Urbański, Iwona Gąsiorowska, Łucja Kalisz i Bożena Skołud. W czasie wyprawy szczytowało 100% bab, trudno się dziwić szczęściu i uśmiechniętej twarzy Ryśka. Schodzimy, zatrzymujemy się w beczkach na krótki odpoczynek, zbieramy sprzęt i wracamy do schroniska, Oni już wiedzą, że się udało, jesteśmy szczęśliwi. Jeszcze pożegnalna impreza znowu pakowanie i wracamy do domu. Zwykle jeździłam w góry jako solistka lub w towarzystwie jednej lub dwóch osób, nie sądziłam, że w takim licznym gronie indywidualistów może być tak miło. Nie ma nic lepszego jak spotkać niesamowitych ludzi w niesamowitych miejscach - mi się to udało.
Tekst: Bożena Skołud
Źródło artykulu: turystyka.interia.pl
Opublikowano: 2008-10-23 18:20:04
Link do strony z artykułem: http://turystyka.interia.pl/wiadomosci/news/wyprawa-na-kaukaz,1199370,236