Pokoje gościnne
Strona główna
Wszystkie wiadomości
Wiadomości z Polski
Wiadomości ze świata
Pokoje gościnne Kraków
Pokoje gościnne Zakopane
Pokoje gościnne Ustka
Pokoje gościnne Łeba
Pokoje gościnne Ustronie Morskie
Pokoje gościnne Kołobrzeg
Pokoje gościnne Karwia
Pokoje gościnne Międzyzdroje
Pokoje gościnne Węgorzewo
Pokoje gościnne Giżycko
Pokoje gościnne Augustów
Pokoje gościnne Rabka
Pokoje gościnne Szklarska Poręba
Pokoje gościnne Jastrzębia Góra
Pokoje gościnne Białka Tatrzańska
Pokoje gościnne Wisła
Pokoje gościnne Krynica
Pokoje gościnne Szczyrk
Pokoje gościnne Szczawnica
Pokoje gościnne Polanica Zdrój
Pokoje gościnne Karpacz
Pokoje gościnne Władysławowo

Wyprawa na Kaukaz

Spotykamy się w Warszawie na lotnisku, wcześniej miałam okazję poznać jedynie Ryśka Pawłowskiego, a podróż do Warszawy odbyłam z Zielonym (Zbyszek Letner - no bo wszystkie kubraczki ma zielone) i pomyślałam, o kurde ale ZOO, trochę jak z filmu Madagaskar.

Pakujemy sprzęt, odprawa, przelot do Moskwy, pierwsze rozmowy, próbujemy się trochę poznać, szybkie wieczorno-nocne zwiedzanie miasta i nocleg. Raniutko odlatujemy do Mineralnych Wód. Lądujemy i cios jak pięścią między oczy - na lotnisku nie ma toalet, a na zewnątrz nie ma krzaków - uff - trochę bardziej nerwowi podróż kontynuujemy autobusem. Wreszcie udaje nam się skorzystać z cienia za przydrożną budką w jakiejś osadzie - jaka ulga. Docieramy na miejsce trochę znużeni podróżą, ale szczęśliwi, szybko się kwaterujemy i już na następny dzień zaczynamy wejścia kondycyjne. Moje buty trekingowe najnormalniej się rozpadły i to już w czasie podróży, wystarczyły im przesiadki i zwiedzanie miasta. "Tak to już jest, że każdy ma jakieś słabe strony - Bożenka na przykład ma słabe podeszwy." Iwona to cudowne stworzenie pożycza mi swoje buty, takie na śnieg, przywiezione z Alaski, ale znacznie lżejsze od skorup, dziękuję Iwona. Pierwszego dnia kierujemy się do obserwatorium, w kolejnym dniu idziemy pod Czeget (Grzesiu Bielejec decyduje się na samotne i skuteczne wejście na szczyt). Żeby wyprawa nie była nudna to od pierwszego wieczora coś się dzieje. Pierwszej nocy głowę rozwala Mirek, z kolei następnego dnia pod wodospadem udaje się tego dokonać Marcinowi, spektakularny i krwawy upadek. Nasz miły Janek praktykuje zszywanie. Po drugim wypadku uprzedził wszystkich, że nici jeszcze ma, ale środki znieczulające się skończyły, wobec tego następną ofiarę poszyje na żywca - odważnych zabrakło, jednakże Janek dla podtrzymania sprawności paluszków wykonał jeszcze jedno dodatkowe szycie, tym razem buta. I tak biegamy, wchodzimy i schodzimy dla nabrania kondycji i aklimatyzacji. Wreszcie przenosimy się do beczek, atmosfera robi się coraz ciekawsza, bo z tego miejsca planujemy atak szczytowy, wcześniej jednak konieczna jest aklimatyzacja. Rysiu uświadamia nam, że Elbrus z powodu ciągłych wyziewów (to w końcu wulkan) stwarza znacznie poważniejsze trudności niż na to wygląda (a wygląda jak damski biust) i porównuje się je z wysokością 7000. Tak więc znowu wchodzimy w górę do i w dół, kolejny dzień powyżej skał Pastuchowa i znowu w dół. W czasie jednego z takich powrotów do beczek ja i Heniek tak się rozgadaliśmy, że nagle Heniu zauważył "O!!! baba wyprowadziła mnie na pole lodowe?" wyglądało ładnie, ale byliśmy świadomi, że takie pola kryją szczeliny, udało się wróciliśmy do domu ( to jest do beczek), cali i szczęśliwi, że to nie były manowce.

Noc w beczkach to kolejne przeżycie, oczywiście o spaniu nie było mowy, bo serce robi "Bum, bum, bum?" jak po zakończeniu maratonu, a ponadto na wszelki wypadek mniej więcej co 15 minut któraś z nas pytała, "śpicie?" i rozlega się NIE, Nie, Nie. Na trzeci dzień, a właściwie w nocy, bo pobudka o godzinie 3, trochę picia, liche jedzenia, bo nic nie wchodzi do żołądka, a Rysiek nas uspokoił, że bez jedzenia można wiele zdziałać, tak na wszelki wypadek tabletka "na sranie" i w drogę.

Kilka osób wyrusza wcześniej na nogach od beczek, reszta podjeżdża ratrakiem do skał Pastuchowi ( ja należę do tej mniej ambitnej grupy) i dalej już walka. Dokucza nam niewyspanie - to już trzecia noc bez snu do tego wysokość, głowa boli jak jasny gwint, a żołądek podnosi się do gardła (dobrze, że posłuchałyśmy Ryska i że jest pusty)? ale idziemy. Wchodzi się źle i niech ktoś powie, że wysokość to nic oj daje w tyłek, daje. Na trawersie powyżej przełęczy słyszę głos Lucy "Bożenka spadasz" i słyszę swoja kretyńską odpowiedź, "spokojnie mam raki" w razie zjazdu raki pomogłyby mi jedynie skuteczniej połamać lub poodrywać nogi? nic się nie stało idziemy dalej. Rysiek dochodzi do nas, wyrzuca 1,5 litrową butlę z wodą z mojego plecaka, które już nie przyda się do niczego, w tym samym czasie załamuje się pogoda. Rysiu "wrzuca" nas za skały i każe czekać, wbijamy raki i jak te porzucone psioki drzemiemy, nie ma szans, pogoda się pogarsza z każdą sekundą, do szczytu jest bardzo blisko - jest w zasięgu ręki. Rysiek każe nam wracać, zbiera wszystkich, którzy w pobliżu i zawraca wszystkich idących z dołu. Do tych, którzy poszli przodem dołącza Heniek Szczęsny i schodzi z nimi. Cześć ekipy weszła na szczyt a byli to: Zosia Kajowicz, Małgosia Łoboz, Janek Kalaciński, Grzegorz Bielejec, Mirek Baran, Marek Majkowski, Marcin Krupowicz, Jerzy Graf, Krzysztof Hejke, Heniu Szczęsny, Grześ Bielejec, oni zdążyli, a pozostali, ja wśród nich, NIE - załamka, wracamy do beczek padnięci, zniechęceni, wściekli, ale żywi. W beczkach jeszcze jedna noc, tamtejsza kucharka poczęstowała nas zupą, a tubylcy wódką, chyba miałyśmy niewyraźne buźki. Rano zbieramy niezbędny sprzęt, pozostały (raki, czekany, kurtki puchowe) deponujemy w beczkach i schodzimy w dół. Zaczyna się degrengolada, wycieczki do miasteczka, małe wyjścia w góry w sandałkach i klapkach, najpiękniejsze żółte klapki miała Iwona (mogłyby służyć za latarnie morską - taki od nich bił blask). Jedna z wycieczek wiodła do jeziorka, ale po drodze ja i Lucy rezygnujemy z jeziorka i buch w borówki - objadłyśmy z borówek całą górę i nawet przez moment nie było nam żal straconych widoków. Za to reszta ekipy z powodu widoków straciła smak tych niesamowitych owocków. W naszym (Bożeny i Lucy) przypadku jest to uzasadnione gdyż mamy lepszy zmysł smaku niż wzroku. Tak przy okazji Iwona od samego początku nas testowała dostrzegając wielkie podobieństwo między mną i Lucy.

Okazało się, ze coś w tym jest obie jesteśmy spod znaku Strzelca oraz chińskiego Tygrysa, Obie mamy grupę krwi 0 Rh+ i nasze psy mają takie same imiona "Kajtek". To musi być coś więcej niż przeznaczenie. Niestety część ekipy, nas opuszcza, impreza, później pożegnania, wyjeżdżają z łezką w oku jednakże szczęśliwi, bo zdobyli Elbrus. My zostajemy z nadzieją, choć coraz mniejszą bo pogoda gorsza i gorsza, w górach spadł śnieg warunki wyglądają na trudne (przynajmniej z dołu) ale postanowiliśmy czekać? pozostaje jeden problem kto jest Jonaszem tej wyprawy, jakoś trudno nam wyrokować. Dzień przed wejściem na szczyt Adam i Jacek decydują się na powrót do domu, trochę bez sensu, bo cóż im dają te dwa dni - tak nam się wydawało, a ja na to "zobaczycie jutro będzie słońce !!!!" Wszystkich rozbawiła ta moja prognoza pogody, bo niebo raczej zapowiada koniec świata niż słońce, ale ja pomyślałam, że to jeden z nich jest naszym przysłowiowym Jonaszem. Chłopcy wyjechali, a rano LAMPA i to jaka ! Cudownie, zbieramy się, sprawdzenie sprzętu, szybkie pakowanie i po południu ruszamy do beczek pełni nadziei, ale też zaniepokojeni tym, co też nas tam spotka w górze, a czekała na nas zima. Oczywiście babki zabrały klapki na wyjścia do kibelka, a tu śniegu po uszy Kajtka, więc klapki okazały się bezużyteczne. Trochę się obawiamy, że warunki w górze będą trudne, ale postanawiamy iść. Nie pomyliliśmy się były trudne, a chwilami bardzo, najbardziej dał nam w kość porywisty wiatr zrywający śnieg i drobiny lodu i siekący tą mieszanka po twarzy. Chwilami wydawało się, że wiatr odrywa nas od ziemi i rzuca o nią z powrotem, ale walczymy. Trzy osoby rezygnują z wejścia reszta walczy do końca. Jest trudno lecz niezmiernie pięknie, niestety wiatr staje się przyczyną braku zdjęć z podejścia, aparaty wyciągamy na przełęczy, tam wiatr cichnie a słońce świeci jaskrawo na błękitnym niebie. Jest zimno Grześ Góra odmraża ręce, boli go okropnie, do tego twarz, potem okazało się, że twarze innych też ucierpiały. Wreszcie docieramy - góra nagrodziła nas za wytrwałość jest pięknie, niebo czyste, babki mają wilgotne oczy - takie to już jesteśmy. Robimy zdjęcia i schodzimy. Tego dnia na szczyt weszli: Ryszard Pawłowski, Grzegorz Góra, Rafał Urbański, Iwona Gąsiorowska, Łucja Kalisz i Bożena Skołud. W czasie wyprawy szczytowało 100% bab, trudno się dziwić szczęściu i uśmiechniętej twarzy Ryśka. Schodzimy, zatrzymujemy się w beczkach na krótki odpoczynek, zbieramy sprzęt i wracamy do schroniska, Oni już wiedzą, że się udało, jesteśmy szczęśliwi. Jeszcze pożegnalna impreza znowu pakowanie i wracamy do domu. Zwykle jeździłam w góry jako solistka lub w towarzystwie jednej lub dwóch osób, nie sądziłam, że w takim licznym gronie indywidualistów może być tak miło. Nie ma nic lepszego jak spotkać niesamowitych ludzi w niesamowitych miejscach - mi się to udało.

Tekst: Bożena Skołud



Źródło artykulu: turystyka.interia.pl

Opublikowano: 2008-10-23 18:20:04

Link do strony z artykułem: http://turystyka.interia.pl/wiadomosci/news/wyprawa-na-kaukaz,1199370,236



Polecamy Tłumaczenia prawnicze oraz Legalizacja samowoli budowlanej. Najlepsi prezenterzy, prezenterki oraz konferansjerzy i konferansjerki.